Przytuliłam się do brata tym samym mocząc mu rękaw. Wstyd mi, że jestem taka słaba, że nie daje sobie z tym rady. Wstyd mi, że brat widzi jak płaczę. Muszę przestać się mazać. Musisz byc silna Zoe. Dla brata. Dla mamy.
- przepraszam na chwilę. - Powiedziałam i wyszłam z pokoju Eda idąc w stronę łazienki. Nie daje sobie już rady. Jestem wykończona psychicznie. Przemierzałam ciasny korytaż idąc w stronę jasnych drzwi. Otworzyłam je i weszłam do pomieszczenia. Odwróciłam się i zamknęłam drzwi naa klucz. Tak dla pewności. Podeszłam do szafki nad lusterkiem i wyciągnęłam z niej małe pudełeczko, a z niego z kolei żyletkę. Zamknęłam na chwilę oczy. Nie wiem. Bałam się? Rzuciłam przelotne spojrzenie na moje state blizny na nadgarstku. Wyglądały strasznie ochydnie. Ale nie potrawfię. Nie dbam o to. Nie mam już siły.
Przejechałam niepewne po wewnętrznej stronie ręki. Chwilę później krew zaczęła delikatnie spływać po moich rękach i kapać do umywalki. Bolało, ale to był 'przyjemny ból'. Zrobiłam jeszcze klilka mniejszycz cięć i zawinęłam rękę w bandarz. Ten z kolei zakryłam rękawem. Spłukałam krew, która nakapała do umywlki i schowałam żyletkę do szawki.
Spojżałam w lustro. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Kiedy na siebie patrze czuję obrzydzenie. Jestem ochydna. Ohydna i słaba. Po chwili jednak ocknęłam się i wyszłam z łazienki jak gdyby nigdy nic. Poszłam do pokoju i włczyłam muzykę na cały głos. Własnie leciał James Artur - Impossible.
Jest już po 21. Usłyszałam pukanie do dzwi. O tej godzinie? Podeszłam na palcach do drzwi, chcąc słyszeć rozmowy, które dobiegały z dołu. Jakiś mężczyzna mówił coś o swoim synie, a mój ojciec tylko przytakiwak. Dobra nie moja sprawa. Wróciłam do odrabiania lekcji. Kiedy uporałam się z matematyką podeszłam do szafy i zaczęłam w niej grzebać w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego do szkoły. Po chwili dobrze słyszane rozmowy ucichły. Usłyszałam kroki a już po chwili drzwi do mojego pokoju zostały gwałtownie otware. Ujżałam w nich dwóch ogromnych mężczyzn i mojego ojca, który uśmiechał się hytro.
- Zoe pójdziesz z tymi panami. - Powiedział a na jego twarzy zagościł jeszcze większym tajemniczy uśmiech. O co chodzi?!
- Nie mam zamiaru. - odpowiedałam krzyżując ręce na piersi. Ojciec spojrzał na mężczyzn i za chwilę oni ruszyli w moim kierunku. Zaczęłam uciekać. Ominęłam ich sprytnie i ruszyłam w strone drzwi. Uciekłam z mojego pokoju. Kiedy myślałam, że mi się udało wpadłam w ramiona jakiegoś młodego chłopaka.
- czyżbyś uciekała przed swoim ojcem i tymi dwoma? - zapytał seksownym głosem. Był całkiem ładny... nie odezwałam się, tylko kiwnęłam głową. Chłopak zaśmiał się. - cóż. Widzę, że jeteś buntownicza... Zaynowi się spodobasz. - Kto to kurwa jest Zayn. Już miałam go o to zapytać, ale ujżałam tych 2 zbirów zbiegających po schodach z moim ojcem, a za nimi był Ed.
- Jesteś spakowana?- Zapytał mnie ojciec. Żygam nim. Odpowiedziałam mu ciszą.
- dobrze, więc zostaniesz w tym ci jesteś. - powiedział. Młody chłopak nadal mnie trzymał. Chwilę później podbiegł do mnie Ed.
- Zoe co się dzieje? - Zapytał przerażony.
- sama bym chciała wiedzieć. - rozglądnęłam się dookoła.
- Już wam wyjaśniam! - powiedział ojciec...
***
Rozdział nieco krótki, ale yolo.
Miłego tygodnia marcheweczki <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz